#PKSdoBelgradu cz4, czyli Kalameny – dzikie gorące źródła w Słowackich Tatrach

          Pamiętacie jeszcze #PKSdoBelgradu? Nasz wyścig autostopowy z Sądeckim Włóczykijem i Szymonem Podróżnikiem? Jakoś tak pisanie o nim odwleka się w czasie ale jednak warto go opisać. Działo się dużo, a cała eskapada byłą nad wyraz udana. Czwarta część będzie już ostatnią, czekaliście na nią? Pewnie już zapomnieliście, ale warto sobie przypomnieć całą serię używając #PKSdoBelgradu.

 

          Wstaliśmy rano z planem aby szybko się zebrać i ruszać autostopem w stronę Węgier, potem Słowacji. Jednak wczorajsza „zielona noc” była na tyle ciekawa że rano każdy z nas wstawał z bólem głowy, a nasze rano rozwlekło się do południa. Nasz kolejny cel po drodze do Polski to Kalameny, dzikie gorące źródła na Słowacji.

Cóż było robić, trzeba ruszać choć chęci brak. Ustaliliśmy jednak że mamy sporo czasu na powrót do Polski, dlatego łapiemy we trzech, będzie ciekawiej. Autobusem wyjechaliśmy na obrzeża miasta gdzie przy stacji benzynowej znaleźliśmy miejsce pierwsze miejsce. Niestety szczęście nam nie sprzyjało, czas leciał szybko, a my cały czas staliśmy w tym samym miejscu. Po kilku godzinach postanowiliśmy zmienić miejscówkę, ta zmiana zajęła nam około godziny może półtorej, a nowe miejsce okazało się autostradą. Tutaj znowu czas leciał szybko, ale jednak udało się złapać busa. Kierowca stwierdził że widział nas wcześniej jak jechał do Belgradu i obiecał sobie że jak będzie wracać, a my będziemy stali to nas zabierze.

 

Jak trzeba na autostradzie łapać to trzeba nie ma przebacz.
          Pierwsza podwózka okazała się krótka, ale znacząca, dzięki niej następna łapana na stacji benzynowej na autostradzie pojawiła się szybciutko. Tym razem mieliśmy strzał do Nowego Sadu, gdzie byliśmy dzień wcześniej. Zbliżając się do miasta pojawił się pierwszy dylemat, bo zbliżała się noc. Wysiąść jeszcze na trasie i spać w namiocie, czy jechać do miasta i coś kombinować? Tego dnia zrobiliśmy jednak bardzo mało kilometrów, dlatego postanowiliśmy wysiąść koło dworca żeby sprawdzić ile kosztują bilety pociągowe do granicy Serbii z Węgrami. Okazało się że bilet na nocny pociąg z Nowego Sadu do Budapesztu jest w bardzo dobrej cenie, więc trzeba było korzystać.

 

Robi się wieczór a my ledwo za Belgradem.
Daleko nie dojechaliśmy.
          Pociąg bez większych przygód zawiózł nas do stolicy Węgier, gdzie zatrzymaliśmy się wcześnie rano. Jako że pociąg nie był przepełniony udało nam się nawet trochę pospać, dzięki czemu mogliśmy od razu ruszać dalej. Szkoda nam było czasu na łażenie po Budapeszcie, dlatego od razu ruszyliśmy na kolejny dworzec skąd mogliśmy wydostać się na obrzeża miasta, żeby dalej ruszyć na Słowację.

 

Na szczęście pogoda nam sprzyjała.

 

Łapanie stopa we trzech.
          Jednak łapanie we trzech jest okropnie czasochłonne. Dlatego postanowiliśmy że jeśli zatrzyma się ktoś i powie że nie może wziąć wszystkich to się rozdzielimy. Jak postanowiliśmy tak się stało, zatrzymał się polska ciężarówka, a kierowca powiedział że może wziąć jednego z nas. Padło na mnie, bo akurat ja z kierowcą rozmawiałem. Ustalony punkt zbiórki to Ruzomberk miasto, podwózkę miałem tylko do Bańskiej Bystrzycy. Jednak ciężarówkami jest dobrze jeździć, bo kierowca tylko rzucił hasło na CB radio i zaraz siedziałem w kolejnej ciężarówce która miała mnie wieźć do celu.
Zamek w Zwoleniu widziany z trasy.
          Ruzomberk okazał się całkiem przyjemną mieściną z pięknymi widokami górskimi. Na miejsce zbiórki przyjechałem jako pierwszy, postanowiłem znaleźć sobie ustronne miejsce z ciekawym widokiem i coś zjeść. Czas mnie nie gonił.
Taki właśnie Ruzomberk.

 

 

 

Obiad w takim miejscu smakuje lepiej niż w restauracji.
          Chłopaki zjawili się może pół godziny, może ciut dłużej, po mnie. Posiłek zjedliśmy wspólnie, po czym ruszyliśmy na zakupy i w stronę wsi Kalameny, gdzie mieliśmy zaplanowany relaks w dzikich gorących źródłach. Większość trasy przyszło nam jednak pokonać na piechotę, bo Słowacja jest krajem dalekim od raju autostopowicza. Skłamał bym jednak że się nie da, bo się da i pewien odcinek pokonaliśmy ze Słowackim kierowcą. Kalameny co raz bliżej, już czuliśmy tą ciepłą wodę.

 

 

 

Odchody autobusów!!!

 

          Na miejscu okazało się że nie jesteśmy sami. Nie przeszkadzało nam to jednak w rozbiciu namiotu i relaksowaniu się w cieplutkiej wodzie. To było naprawdę wspaniałe zwieńczenie tego dnia, a w zasadzie dwóch, bo zmęczenie już się odzywało dość mocno. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko i cieszyliśmy się chwilą. Dołączyło do nas dwóch spotkanych na miejscu Słowaków, rozmowa byłą bardzo przyjemna i po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu że zarówno z Czechami jak i Słowakami łatwiej się dogadać po polsku niż angielsku.
Zmęczeni postanowiliśmy iść spać, chłopaki w namiocie a ja pod chmurką przy ognisku. Na trzy osoby mieliśmy jeden tylko namiot. Nie był to żaden problem ponieważ ja uwielbiam spać pod chmurką i korzystam z tej możliwości kiedy tylko mam okazję.
Szkoda że nie byliśmy sami.

 

 

 

 

 

 

 

          Następnego dnia zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy na pobliski szczyt, bo jak to być w górach i nigdzie nie pójść. Liptovski Hrad (993 m n.p.m.) to szczyt co prawda nie za wysoki, ale jak najbardziej wart odwiedzenia, bo oprócz pięknego widoku na okoliczne szczyty, znajdują się tam ruiny najwyżej położonego zamku na Słowacji. Pierwsze wzmianki o Liptovskim zamku pochodzą z 1341 roku.

 

 

 

 

Widok na Tatry Wysokie, w kwietniu jeszcze mocno ośnieżone.
Wspinaczka na sam zamek.

 

 

 

 

 

Liptovski Hrad to szczyt może nie wysoki ale piękny.

 

 

Odpoczynek na szczycie.

 

 

 

 

Jeśli ktoś ma ochotę na popularnego chińczyka, to proszę.

 

 

Szczyt zdobyty, a przygoda powoli się kończy.

 

          Sam szczyt jak wspomniałem może nie jest wysoki, ale ciężko powiedzieć żeby należał do szczytów łatwych. Dostać się można na niego dwiema drogami, ale obie są strome, a samo wejście na zamek wymaga wspinaczki po wysokiej drabinie. Duże autostopowe plecaki nie ułatwiały nam wspinaczki, jednak udało się a radość była ogromna, tym bardziej że żaden z nas nie spodziewał się takich widoków.

 

 

 

Momentami było naprawdę stromo.

 

 

 

Czas opuścić Kalameny i wrócić do Polski. Bez większych przygód ale jednak każdy na własną rękę docieramy wieczorem do Krakowa, gdzie gościmy jeszcze u Sądeckiego Włóczykija. Jeśli macie ochotę poczytać inne moje wpisy o tej podróży zapraszam:

Jeśli macie ochotę poczytać o tej wyprawie oczami moich towarzyszy zapraszam na:
Szymon Podróżnik – AUTOSTOP DO SERBII. DLACZEGO WARTO BYŁO PRZEGRAĆ PKSDOBELGRADU?
Sądecki Włóczykij – Autostop do Belgradu – cz. 1. Budapeszt

          Podobał Ci się ten post? Lubisz jeździć autostopem, chodzić po górach lub zwiedzać zamki? Chciałbyś odwiedzić Kalameny? Udostępnij ten post dalej, niech inni też zobaczą że chcieć znaczy móc. Będzie mi również bardzo miło jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza. Lubię i cenię sobie wasze zdanie. Dzięki i do zobaczenia.

Comments

  1. Anna says:

    Świetny post!
    Czy wiecie jakie miejsca w Polsce zapierają dech w piersiach?
    Zerknijcie do mnie i zobaczcie najnowsze zestawienie 🙂

  2. Właściwie tego rodzaju komentarz (dodany w dwóch postach) nie przyciągnie Ci czytelników, a zraża autorów bloga na którym go umieszczasz. Pozdrawiam, nie klikam i komentarzy nie usuwam choć to zwykły spam.

  3. Iri says:

    Wspaniała wyprawa, a jakie krajobrazy! Super:)

  4. dziękuję, naprawdę było bardzo ciekawie… 😀

  5. Joanna says:

    Słowacja ma chyba to do siebie, że czasem bardzo trudno się łapie tam stopa. Zdarzyło się utknąć kilka razy 😉 Obozowisko przy gorącym źródle, to lepsze niż hotele! Przygodę mieliście fajną, będzie powtórka z rozrywki?

  6. Anonimowy says:

    Jedyne autostopy w moim życiu to Warszawa-Lublin i Warszawa-Sierpc:) miałam trochę łatwiej bo mimo że było nas sporo to jednak same dziewuchy. pozr, Asia

  7. jedzok says:

    Dokładnie. Zero szacunku i do autora, i do siebie…

  8. jedzok says:

    Łapanie stopa na Słowacji generalnie nie należy do łatwych, ale aby próbować w trzech chłopa, trzeba już naprawdę lubić duże wyzwania 😀 Szacuneczek.

  9. Marcin says:

    Znamy się już trochę i wiesz, że nie jestem autostopowy, ale chociaż na 1 dzień na taki wypad z Tobą bym się wybrał! 🙂

  10. Takie obozowisko to ja wolę jak hotel ze SPA, bo tutaj jest hotel pod milionem gwiazd. Mam nadzieję że będzie powtórka. 🙂

  11. Wszystkiego trzeba spróbować w życiu, również autostopu. 🙂

  12. No Słowacja to trochę biała plama na mapie autostopu, ale do odważnych świat należy.

  13. Marcin nie widzę przeszkód, już nie takich "opornych" na autostop namówiłem i zabrałem. 🙂

  14. Mmalena says:

    Ja również z klubu tych nieautostopowych. Najdłuższym pokonany odcinek to może około 20 km 😉 ale jak czytam takie historie, to czasem żałuję 🙂 Zdjęcie odchody autobusów wybiło mi wszelkie mądre komentarze z głowy i wprowadziło w radosną, wieczorną głupawkę 😉 A niby jako slawistka powinnam być uodporniona… 😉 ale języki naszych sąsiadów zza gór zawsze totalnie mnie rozbrajają 🙂

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *