Kebab nienawiści – przykra prawda o pięknym kraju

Rzadko wypowiadam się publicznie na tematy polityczne, a w ogóle pierwszy raz robię to na blogu. Nie martwcie się nie zmieni on nagle profilu i nadal będzie tylko podróżniczy, ale postanowiłem odezwać się na temat który mnie ostatnio bardzo boli. Mam na myśli falę nienawiści która ogarnęła Polskę, falę nienawiści do przybyszów z obcych stron. Nie będzie to post o PISie, PO czy nawet o romansach Ryszarda P. w Portugalii (choć to ostatnie by się ciut nadało, bo wkrada się nam wątek podróżniczy). Będzie to post o nas samych, o imigrantach w Polsce i o tolerancji w podróży, kiedy to my jesteśmy obcy, a jednak możemy liczyć na gościnność i pomoc.

Każdy kto mnie zna wie że mam poglądy bardziej w prawą stronę niż w lewą, ale żadna skrajność nie jest dobra. Multikulti to kierunek taki sam jak komunizm, założenia zacne, ale to nie ma prawa się udać. Każdy kto mnie zna wie że zarówno władza jak i opozycja napawa mnie równym obrzydzeniem. Jednak życie to nie opcja polityczna, życie to my tu i teraz. To od nas zależy jak będzie wyglądał świat w którym żyjemy, żyją nasze dzieci i osoby które kochamy. Czy chcemy żeby w naszym świecie rządziła nienawiść?

Każdy człowiek dąży do szczęścia! To chyba normalne, ale szczęście to przede wszystkim bezpieczeństwo, które chcemy zapewnić naszym bliskim. Człowiek który się boi jest niebezpieczny, człowiek który broni swojej rodziny bez mrugnięcia okiem jest w stanie zabić. Na przykład ktoś chce mi się włamać do domu lub atakuje mnie na ulicy, czy nie mam prawa się bronić? Oczywiście że mam. A jeżeli taka sytuacja wydarzy się na przykład w Azji Centralnej, w Tadżykistanie? Jestem obcy, to mam prawo się bronić? W myśl wielu obrońców Polski, obcy bronić się już nie może, a jeśli ma rodzinę to jej też należy mu się lincz.
Terroryzm czy tolerancja? Jedno z moich ulubionych zdjęć z Iranu.
Zdjęcie pochodzi od Dominika z Hulaj Krysiu z naszego wspólnego wyjazdu.
Tylko czy Polsce potrzebni są obrońcy? Jasne że tak. Symbole jak Obrońcy Westerplatte, Obrońcy Poczty Gdańskiej, Lotnicy w bitwie o Anglię, Żołnierze spod Monte Cassino to wzory do naśladowania. Chyba że… No tak pierwsze dwa przykłady spoko, ale dwa kolejne to już nie bardzo, bo przecież oni nie byli u siebie, zresztą Ci spod Monte Cassino to w ogóle wcześniej u muzułman siedzieli. Szkoda tylko że patrząc na teraźniejszych obrońców Polski widzę, bezzębnego patola, z najtańszym piwem w ręku (z Lidla a jakże), bez pracy i perspektywy. Szkoda że obrońca ten nie jest w stanie poświęcić się dla pracy w czynie społecznym i posprzątać śmieci które pozostawia po sobie. Szkoda że obrońca ten razem za swoją grupą innych obrońców, może pułkiem? Tak, niech to będzie pułk. Honorowo szarżuje tylko na dużo słabszych. Pułki czasami oddziały, uzbrojone w tulipany zrobione z butelek niestety nie są w stanie nas obronić, a bronić nas trzeba. Niestety przed nimi właśnie, bo kiedy skończy się już obrona Polski to zacznie się pewnie zwykła grabież. Jakoś nie wierzę w to że kiedy zabraknie wroga o ciemniejszej karnacji, to nagle obrońcy wezmą się do pracy i będą pracowali by wesprzeć Polską gospodarkę. No chyba że wesprą Polmos.
Nigdy wcześniej nie spotkałem tak przyjaznych i gościnnych ludzi jak Irańczycy. To Ci którzy u nas mają opinię fanatyków.
Zdjęcie pochodzi od Dominika z Hulaj Krysiu z naszego wspólnego wyjazdu.
Czy Pan Hasan który żyje od x lat w Polsce, ma całkiem normalne życie, żona, dziecko, malutki lokal z kebabem gdzieś w Ciechocinku, naprawdę musi być terrorystą? Mi się wydaje że wspomniani wyżej obrońcy Polski wprowadzają terror:
„Terror «przemoc i okrucieństwo albo groźby ich użycia stosowane wobec ludzi w celu ich zastraszenia»” – definicja ze słownika języka Polskiego mówi jasno. Polecam szczególnie obrońcom Polski lub może trzeba by ich nazwać inaczej?
Patriotyzm? Czym on jest. Na pewno nie napadaniem na bezbronnych ludzi. Sam nazywam siebie patriotą, nigdy nie wypieram się swojego pochodzenia. Po placu czerwonym w Moskwie chodziłem z przyszytą na polarze flagą Polski, na plecaku podróżnym mam przyszyte godło Polski, a w każdą podróż zabieram ze sobą złożoną i szczelnie zapakowaną flagę Polski.
          Miałem okazję kilka razy być w krajach muzułmańskich. Jak widać żyję, mam się całkiem nieźle, a kraje te wspominam bardzo dobrze. Największa w tym zasługa ludzi których spotkałem na swej drodze, a o tych można by opowiadać godzinami. Tym razem jednak postanowiłem oddać głos komuś innemu, zapytałem kilka podróżujących osób o ich spotkania z ludźmi innych wyznań:
          „Zeszłoroczna majówka. Wraz z dwiema koleżankami wracałyśmy z krótkiego, nadbałtyckiego wypadu – doleciałyśmy do Finlandii, później promem dostałyśmy się do Estonii, a stamtąd autostopem kierowałyśmy się powolutku w stronę Krakowa, zwiedzając po drodze ile się dało. Stałyśmy z wyciągniętymi ku drodze kciukami na wysokości litewskiego Mariampola, kiedy zatrzymał się samochód, a w nim dwóch panów o nieco mongolskiej urodzie. Jeden z nich znał kilka słów po angielsku, jednak nie na tyle, żeby się dogadać; koleżanka znała na szczęście rosyjski na tyle, żeby wytłumaczyć, że jedziemy autostopem do polski. Wsiadłyśmy do samochodu i zwyczajowo zapytałyśmy skąd są nasi wybawiciele.
 
– Tadżykistan – usłyszałyśmy w odpowiedzi. 
 
          Wierzcie lub nie, ale była to jedna z przyjemniej mijających autostopowych podróży! Choć wymiana myśli była mocno utrudniona, z pomocą gestów i podstawowych zwrotów po angielsku byliśmy w stanie prowadzić dyskusje o świecie i muzyce. Panowie szybko okazali się ogromnymi fanami polskich piosenek, zresztą równie szybko zyskali nasza sympatię i zaufanie. Opowiadali o restauracji w tadżyckim jedzeniem, którą mają w Kownie, o swoich rodzinach i o pięknych górach Pamir. Nawet nie zwróciłyśmy szczególnej uwagi na fakt, że tuż przed zachodem słońca zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, a jeden z towarzyszy drogi wyciągnął z bagażnika zielony dywanik, który rozłożył na parkingu obok samochodu i klękając na nim, zaczął się modlić. Po wszystkim złożył dywan, schował go do bagażnika, po czym wsiedliśmy z powrotem do samochodu i zostałyśmy bezpiecznie dowiezione do Warszawy.
          Żadnej z nas nie przyszły do głowy uprzedzenia. Tak samo, jak im nie przyszły do głowy moralizatorskie gadki na temat religii. Dlaczego zresztą miałyby przyjść? Nie widzieliśmy w sobie nawzajem wyznawców religii czy przybyszy z egzotycznych krajów o skrajnie różnych poglądach Zobaczyliśmy po prostu życzliwych ludzi.” – opowiedziała mi Magda z bloga Stopem po przygodę.
Magda, Tadżycy i krótki postój na modlitwę.
Źródło: Stopem po przygodę
„W czasie naszej 8-miesięcznej podróży po Azji napotykaliśmy  tyle ludzkiej dobroci, że co chwilę przecieraliśmy oczy ze zdumienia i szczypaliśmy się, by przekonać się, że nie śnimy. Gdyby dobroć otrzymywało się w stanie płynnym, to potrzebowalibyśmy co najmniej 120 cystern, by to wszystko przewieźć do Polski. W każdym odwiedzanym kraju przydarzały nam się otwierające serca historie, większe i drobne, ale czasem dobitnie pokazujące, że pozory mogą mylić… 
          Malezja, Kuala Lumpur. Próbujemy wydostać się z miasta, idzie ciężko. Wreszcie ktoś się zatrzymuje – Pakistańczycy, muzułmanie pełną gębą, w tradycyjnych strojach, nieco ponurzy. Zawsze uważałam siebie za osobę tolerancyjną, ale przyznam, że poczułam się nieco nieswojo (czyżby zadziałały tu podświadomie jakieś medialne przekazy?). Mimo to wsiedliśmy. 
          Ahmed spoglądał na nas groźnie, Mohamed ni z tego ni z owego wyciągnął spod pazuchy Koran i zaczął się modlić, my milczeliśmy. Modlitwa ustała, milczeliśmy dalej. Ciszę przerwał Hassan: „ej, a wiecie, że mój praprapradziadek zbudował Taj Mahal?”. Uff, poszły konie po betonie, odetchnęliśmy z ulgą, jesteśmy wśród swoich, może nawet zrozumieją nasze suchary! Od tego momentu w aucie zaczęło się śmieszkowanie. Gdy wyjechaliśmy kawałek za miasto, chłopaki z Pakistanu przyznali się, że tak naprawdę to wcale nie jechali w naszym kierunku, po prostu chcieli nam pomóc. Podrzucili nas 40 km za Kuala Lumpur, po czym wrócili do miasta, stokrotnie przepraszając i wołając: „bezpiecznej drogi, bracie i siostro!”.” – następna historia z dalekiej Azji południwo-wschodniej należy do Marty z bloga Dwa razy Ziemia.
Marta i Damian z Pakistańczykami w Malezji.
Źródło: Dwa razy Ziemia
„…Podobno w Indonezji autostop nie jest popularny, ale zawsze warto spróbować.
 
Już po minucie łapania, zatrzymał się samochód. W aucie siedziała para, która jechała do Denpaser. Nie po drodze mieli naszą destynację, ale zgodzili się podrzucić nas chociaż kilka kilometrów. W samochodzie zaczęliśmy rozmawiać, trochę się poznaliśmy, po czym z głową opartą o szybę zasnęłam.
 
Naprawdę nie wiem jak to się stało! Zazwyczaj mam trudności z zaśnięciem podczas jazdy, a tu nagle w obcym miejscu, u nieznajomych ludzi w samochodzie i obcym facetem, na miejscu pasażera zrobiłam sobie drzemkę…!!?? Ciężko powiedzieć jak długo spałam, ale jak się obudziłam byliśmy już w Ubud, 5 minut od mojego hotelu! Przecież to dla nich nie po drodze! Mieli nas podrzucić tylko kilka kilometrów!
Łukasz mi wyjaśnił, że gdy zobaczyli, że zasnęłam podali mu poduszkę żeby mi podłożył pod głowę i powiedzieli, że szkoda mnie budzić więc zawiozą nas na miejsce.
 
Jak wysiadałam, nie mogłabym uwierzyć  co się właśnie stało! Zaczęłam dziękować i powiedziałam, że możemy zapłacić za benzynę. W odpowiedzi otrzymałam ich uśmiech i słowa „you don’t have to pay, just pray for us and our baby”.
 
Puspa i Tut, bo tak mieli na imię nasi wybawiciele, zaproponowali również żebym odwiedziła ich dom i jak mam ochotę to mogę zatrzymać się u nich kilka dni. Na drugi dzień miałam samolot do Dżakarty więc podziękowałam i potraktowałam ich ofertę jako grzecznościową. Wymieniliśmy się jednak kontaktami i korespondowaliśmy do mojego powrotu na Bali.
 
Przed wyjazdem obiecałam sobie, że będę otwarta na niespodzianki, które przygotuje dla mnie życie i będę mówiła im „tak”. Gdy ponownie zaproponowali, że odbiorą mnie z lotniska i zapraszają na kilka dni do siebie, nie mogłam odmówić. Mój pobyt u balijskiej rodziny, przedłużył się z kilku dni do prawie miesiąca. To był niesamowity czas. Tutaj nie byłam turystą, mieszkałam z hinduską rodziną i spędzałam czas z miejscowymi. Uczestniczyłam w ich świętach, zwyczajach, poznałam tajemnice balijskiego kalendarza i doświadczyłam prawdziwego życia na Bali…” – fragment bloga Lovelajf prowadzonego przez Martinę.
Martina z Balijskimi przyjaciółmi.
Źródło: Lovelajf

          „O gościnności w Turcji mogłabym opowiadać dużo. Bez wątpliwości Turkowie to najbardziej gościnny naród, z jakim miałam okazję się zadawać. W czasie swoich podróży po kraju przekonałam się o tym wielokrotnie – byłam goszczona w domach obcych ludzi, podwożono mnie autostopem, zapraszano na obiady, dawano prezenty na jarmarkach.

          Najwspanialsze wspomnienia mam ze wsi Salizbosna, kilkanaście kilometrów od Stambułu. Dostałam się tam, przechodząc fragment pieszego szlaku sułtańskiego. Tam mieszka mężczyzna – Sadan – który opiekuje się wędrowcami. Zaprasza do swojego domu, oprowadza po miasteczku, serwuje kolację. Akurat we wsi było wesele, więc i na nie zostałam zaproszona. Usiadłam wśród innych młodych dziewczyn i opowiadałam im o wschodniej Turcji z której właśnie wróciłam, a w której one nigdy nie były.
          Pamiętam, jak się zdziwiłam, gdy razem z miejscowym mułą zaprosili mnie na szczyt minaretu. Więcej! Powiedzieli, że mam nie zasłaniać włosów. Że przecież to bez sensu, skoro nie jestem muzułmanką.
          Gdy opuszczałam jego rodzinę, wszyscy zapewnili, że będą się za mnie modlić. Mieliśmy z Sadanem jeszcze wielokrotnie kontakt telefoniczny. Dzwonił do mnie, by spytać, co u mnie, jak mi się podróżuje i kiedy wybieram się znowu do Turcji.

          Jego zachowanie to nie rzadkość. Muzułmanie mają zakorzeniony obowiązek gościnności i pomocy innym dużo bardziej niż chrześcijanie. Większość osób w Turcji ma w samochodzie drobne, które rozdają żebrzącym przy drodze biedakom. Wszak dawanie jałmużny jest jednym z głównych obowiązków ich wiary.” – doświadczeniami na temat Tureckiej gościnności postanowiła podzielić się Agnieszka czyli Zależna w podróży.

Agnieszka i jej gospodarze w Turcji.
Źródło: Zależna w podróży
          „W południe w irańskim Shushar na ulicach można się natknąć tylko na muchy i idiotów turystów a konkretnie mnie. Turystów tu niewielu, bo miejscowość leży z dala od głównych turystycznych szlaków. Ale ponieważ kilkanaście kilometrów stąd leży Choqa Zanbil, czyli mająca kilka tysięcy lat świątynia i dawniej ogromne miasto, postanowiłem że je obejrzę. Problem tylko w tym, że ta malownicza masa ułożonych cegieł wymaga samochodu, inaczej się tam dostać nie da.
          Usiadłem właśnie na schodkach pod jakimś zamkniętym w tym czasie sklepie, zacząłem studiować mapę i przewodnik, rozmyślając, gdzie i czym podjechać, by następnie resztę drogi pokonać pieszo. I nagle na oglądane stronice padł cień. Nade mną stanął jakiś Irańczyk, który w farsi zaczął o coś pytać. Wyrzuciłem z siebie łamanym perskim, że nie mówię w jego języku i spodziewałem się, że zaraz da mi spokój i pójdzie. Ale w Iranie jest inaczej. Mój „rozmówca” wyciągnął komórkę, zadzwonił gdzieś i oddał mi słuchawkę. Po drugiej stronie odezwał się głos, pytający mnie po angielsku, jak można mi pomóc i co ja właściwie u diabła robię w taki upał na ulicy?! Opowiedziałem, rzecz jasna, że myślałem o tym, jak dostać się do oddalonej świątyni – słynnego zigguratu. Reakcja była natychmiastowa, zostałem poproszony o oddanie słuchawki i panowie przez kilka chwil rozmawiali ze sobą. W międzyczasie zjawił się jeszcze właściciel sklepu przed którym siedziałem i jego kolega. Deliberować nad pomocą dla mnie zaczęło całe konsylium, włącznie z człowiekiem po drugiej stronie słuchawki. Usłyszałem, że o 17 mam zjawić się w sklepie z telefonami. A oni w tym czasie pożyczą dla mnie samochód i zawiozą mnie do tego mojego Choqa Zanbil.
          I wiecie co? O 17 pojawiłem się w sklepie, łamaną angielszczyzną poproszono mnie o zajęcie miejsca przy stoliczku, podano herbatę i jakieś ciastko oraz poproszono o cierpliwość. Samochód miał być w drodze. Rzeczywiście po chwili w drzwiach pojawił się chłopak, a przed drzwiami stało aut z trzema pasażerami i miejscem dla mnie. Przeprosili, że musiałem czekać, bo był problem z pożyczeniem, ale oto już są i chętnie mnie zawiozą. Tak, pojechaliśmy. Co więcej, kupili też wodę i łuskanego słonecznika, bym miał czym ręce zająć 🙂
          Wzięli również ze sobą chyba wszystkie słowniki angielsko-perskie, jakie zdołali skombinować, by łatwiej się ze mną komunikować, a przy wjeździe do świątyni zapłacili za mnie bilet wstępu, nie przejmując się moją awanturą że to ja będę płacił za nich, a oni przecież i tak skołowali mi samochód. Prawo gościnności nakazywało im coś innego.
          I tak oto dzięki bezinteresownej pomocy od kompletnie nieznajomych mi osób dostałem się do zaplanowanego wcześniej miejsca. A największym problemem dla mnie było przekonanie ich, że ja znakomicie rozumiem altruizm, ale pomimo, że paliwo w Iranie jest bardzo tanie, to jednak bilety wstępu jakie opłacili, są zdecydowanie drogie i zwrócę przynajmniej za nie. Finalnie udało się, ale nie było to łatwe. Czasami wystarczy po prostu usiąść na schodkach i poczekać, aż problem rozwiąże się sam. Szczególnie jeśli jesteś na irańskiej prowincji.” – więcej historii o Iranie można przeczytać u Pawła na blogu osmol.pl.
 
Zdjęcie przedstawia Choqa Zanbil.
Źródło: osmol.pl

Historie zaproszonych podróżników pokazują dość dobitnie, że ludzie spotykani na trasie nie oceniają nas po kolorze skóry czy po religii. Mało tego nikomu z nich nic złego się nie stało mimo że przemierzali w naszym myśleniu dzikie kraje bez obstawy wojska. Takich historii sam również mógłbym jeszcze kilka dołożyć. Dołożę jedną z Kirgistanu:

          „Podróżowałem samotnie autostopem z miasta Osz. Właściwie nie śpieszyło mi się jakoś bardzo, bo czasu miałem sporo, ale jednak Pamir w Tadżykistanie wołał mnie od dawna. Teraz już wiza załatwiona w Biszkeku otwierała mi bramy Pamiru. Autostop był najsensowniejszym rozwiązaniem, bo taksówki za drogie, a marszrutek brak. Pogoda na szczęście sprzyjała, więc można było stać z wyciągniętym kciukiem. Warto tutaj zauważyć że w Azji Centralnej autostop jest dość specyficzny. Nie jest jakoś trudno go złapać, ale czasami przez parę godzin może nie jechać żadne auto. Jazda szła tak sobie, ale była jazdą nie marszem przez góry, dlatego grzechem było by narzekać. W momencie kiedy byłem po środku niczego zatrzymał się Kirgiz. Kiedy mu powiedziałem że nie mam za dużo pieniędzy powiedział że absolutnie nie chce kasy i podwiezie mnie za darmo. W Azji Centralnej autostop nie zawsze jest darmowy, czasami trzeba się dorzucić do paliwa lub po prostu za niego zapłacić. Dlatego warto od tego zacząć.
Jechaliśmy wspólnie jakiś czas, kiedy nagle Kirgiz spytał czy coś jadłem. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem że tak, śniadanie. Fakt, że było już popołudnie. Chwilę później kierowca wskazał mi na mijaną wieś i powiedział że tam jest jego dom. Zdziwiłem się bo minął most i pojechał dalej prosto. Zapytałem czemu jedzie dalej, na co stwierdził że chce mnie zabrać do swoich rodziców. Tak też się stało. Nadrobił jakieś 40 km, zaprowadził do rodziców, zaprosił na obiad i pożegnał się mówiąc że musi wracać do siebie.
          Siedziałem na dywanie, a przede mną znajdowało się mnóstwo miseczek z różnymi smakołykami i oczywiście pyszny chleb. Jadłem i słuchałem gospodarza opowiadającego mi o sensie trwającego w telewizji programu rozrywkowego. Nagle coś mnie tknęło, spostrzegłem że jem sam, gospodarz nic nie je. Zapytałem go otwarcie dlaczego nic nie zje. Wytłumaczył mi że u nich jest taki obyczaj że od świtu do zmierzchu nie mogą nic zjeść. Zdałem sobie sprawę że właśnie trwa ramadan (wcześniej tego nie zauważyłem bo Kirgizi mimo że są muzułmanami to nie należą do bardzo konserwatywnych). Zrobiło mi się głupio, ale gospodarz powiedział żebym absolutnie się nie przejmował, że to jest jego wybór i że jestem jego gościem. Niestety zew Pamiru słyszałem cały czas i nie mogłem zostać dłużej.”
 
Niestety nie mam zdjęcia z gospodarzem. Odchodząc tylko odwróciłem się i zrobiłem zdjęcie żeby zapamiętać to miejsce.
Źródło: własne.
Żyjemy w pięknym kraju z bogatą historią, bogatą kulturą, słynącym z gościnności, niestety co raz częściej ludzie których opisałem jako obrońcy psują nam opinię. Zresztą nie o opinię tu chodzi, a o zwykłe ludzkie podejście, bo świat jest taki jakim go stworzymy. Kiedyś mój świat uległ zawaleniu, wiele złych rzeczy na raz się wydarzyło, to bardzo zmieniło mnie i moje życie, wtedy postanowiłem coś zmienić i dowiedziałem się że jeśli chce się zmieniać świat to trzeba zacząć od siebie. Może czasem warto się uśmiechnąć, czy bezinteresownie wyciągnąć do kogoś pomocną dłoń.

          Ten post to moja mała manifestacja przeciwko fali nienawiści i agresji, która wybuchła w Polsce przeciwko imigrantom. Punktem zapalnym były wydarzenia z Ełku, stad tytuł. Jeśli popierasz mój pogląd udostępnij dalej. Nie liczę że uda się zmienić świat, ale być może historia moja lub moich gości skłoni kogoś do refleksji.

P.S. Dziękuję gościom za poświęcenie mi czasu i podesłanie swoich historii, oraz zdjęć. Czytelników zaś zapraszam do odwiedzania ich blogów.
Magda – Stopem po przygodę

Marta – Dwa razy Ziemia
Martina – Lovelajf
Agnieszka – Zależna w podróży
Paweł – Osmol.pl

Comments

  1. Ostatnio coraz więcej osób przeciwstawia się temu, co dzieje się w społeczeństwie. Bardzo mnie to cieszy, bo już myślałam, ze chociaż to młodsze pokolenie Polaków zmienia się i jest bardziej otwarte. A tu coraz więcej aktów nienawiści. Wiem, że nie każdy taki jest, ale jednak negatywne zachowania bardziej widać i tylko o nich się mówi. Strasznie to wszystko smutne! Może każdy powinien obejrzeć bajkę "Zootopia", gdzie właśnie takie pokazują taki generalizowanie, co za tym stoi.

  2. Tak Zootopia to dobry przykład, bardzo przyjemna bajka ucząca tolerancji. Właśnie martwi mnie to bardzo dlatego postanowiłem napisać ten post.

  3. Koralina says:

    Mam bardzo podobne odczucia do Twoich. Nie ma mnie w Polsce, ale może właśnie dlatego tak bardzo bolą wszystkie informacje, które płyną z mediów. W trakcie podróży niejednokrotnie otrzymywaliśmy bezinteresowną pomoc od życzliwych ludzi niezależnie od ich pochodzenia, religii czy orientacji seksualnej. Fajnym przykładem koegzystowania jest Nowa Zelandia, w której teraz mieszkamy. Jest tutaj mieszanka narodowościowa z całego świata i wszyscy fajnie żyją obok siebie. Co więcej, Nowozelandczycy cieszą się z obecności obcokrajowców, bo wzbogacają gospodarkę kraju i kulturę – tak nam mówią. Sami do niedawna współdzieliliśmy mieszkanie z dwójką Hindusów i Kolumbijką – fantastyczni ludzie, z którymi fajnie było mieszkać pod jednym dachem. A to skąd pochodzą nie tylko nie jest czymś negatywnym, ale pozwala na wymianę historii i doświadczeń i wzbogaca nasze życie.

  4. Takich przykładów dobroci ludzkiej można by mnożyć i mnożyć! Świetnie, że poruszyłeś ten temat, bo nie sztuką mówić tylko o tym, jak to jest źle, ale właśnie, że ludzie są dobrzy 🙂 Bo są i to tak bardzo, że koniec świata <3

  5. Przywod says:

    Po stokroć popieram ten punkt widzenia. Sam mam podobne przemyślenia. Zastanawiam się tylko, czy taki "obrońca Polski" czyta blogi? Pewnie nie. Zapewne też z myśleniem ma spore kłopoty, bo zdrowo myślący człowiek jest tolerancyjny. Gratuluję Panie Szpaku odważnej postawy. Pozdrawiam serdecznie i życzę spotkań na swojej drodze wielu życzliwych i mądrych ludzi.

  6. Mike Siemion says:

    Niestety problem jest w tym, że typowy polski "patriota" nie ma najmniejszego pojęcia o świecie. Jedyne podróże, które regularnie odbywa to te do Biedry czy innego Lidla, a swoją życiową mądrość czerpie z ulicy, Radia Maryja czy innego (nie)Naszego Dziennika. Może gdyby na własne oczy zobaczył jak wygląda świat, jakieś wnioski by wyciągnął. Może… Po za tym sporo ludzi niestety myli patriotyzm z ksenofobią. Napadanie na cudzoziemców, z patriotyzmem nie ma nic wspólnego. Podobno jesteśmy gościnnym narodem. Gość w dom – Bóg w dom i takie tam. Niestety gó… prawda. Byłem w kilku krajach muzułmańskich i z taką bezinteresowną gościnnością jak tam, nie spotkałem się nigdzie indziej. I wszyscy mieli gdzieś w co wierzę i jakiego jestem wyznania – bo człowiekowi w potrzebie się pomaga, bo tak trzeba i koniec. Przyznajmy to szczerze, jesteśmy narodem samolubnych buców. Mamy to w genach i nie jest to wina takiej czy innej władzy.

  7. Anonimowy says:

    Radykalizm w żadną stronę nie jest dobry. Ja osobiście jestem przeciwko sprowadzaniu "uchodźców" do Polski, jednakże nie uważam, że każdy muzułmanin to terrorysta i nie mam nic przeciwko tym, którzy tu legalnie przyjeżdżają i uczciwie pracują.

  8. A kiedy okazało się na końcu bajki, kto za tym wszystkim stoi, od razu pomyślałam o pewnej kobiecie z Niemiec… 🙂

  9. uprzedzenia i stereotypy to bardzo dobry środek do manipulacji ludźmi… 🙁

  10. dokładnie tak! Nikt w drodze nigdy mi nie powiedział nie pomogę Ci bo jesteś katolikiem, albo nie lubię Cię bo jesteś z Polski. W wielu krajach, nawet tych uznawanych za mniej cywilizowane niż Europo spotykałem się z otwartymi umysłami.

  11. Ludzie są tacy i tacy, ale jednak często spotyka się na swojej drodze dobroć i bezinteresowną pomoc. Trzeba o tym mówić głośno.

  12. Na pewno nie czyta, ale młodzieniec który stoi przed wyborem w którą stronę iść może przeczytać, zanim stanie się "obrońcą". Dziękuję i również życzę samych pozytywnych spotkań.

  13. Nie zgodzę się z Tobą że nie jesteśmy gościnnym narodem, trudniej co prawda nam otworzyć serca i domy niż kiedyś, ale jednak myślę że nadal przyjmiemy i ugościmy. Nadal spora część naszego społeczeństwa to są otwarci i pomocni ludzie, którzy bardzo chętnie pomogą. Niestety często po prostu boją się odezwać z tłumu kiedy dzieje się coś złego.

  14. Otóż to. Dokładnie takie jest i moje zdanie.

  15. Ja mam wrażenie, że niestety daleko nam i to bardzo do gościnności narodów byłej Jugosławii czy innych słowian południowych. Niestety jeżeli gdzieś poczułem się niebezpiecznie, to tylko w Polsce.

  16. Wpis trafnie podsumowujący polską rzeczywistość – niestety. Sama mogłabym pisać peany na temat tureckiej gościnności i chęci pomocy (a rozkraczył nam się samochód we wschodniej Turcji!) a także swoich poglądów, ale nie chcę tu powtarzać słów poprzedników. Od siebie mogę dodać tylko to, że podróże nauczyły mnie jednego: nie ma ludzi lepszych i gorszych – wszędzie są różni i mają do tego święte prawo, bo są u siebie. Nie przeszkadzają mi imigranci traktujący z szacunkiem kraj, który ich gości, zarabiający na swoje utrzymanie i płacący podatki. Przeszkadzają mi oszuści wyłudzający zasiłki – bez względu na wyznanie czy narodowość.

  17. Nie generalizował bym tutaj tylko o Słowianach, bo jest wiele gościnnych nacji. Myślę że to pogoń za cywilizacją oddala nas od siebie. Dlatego im bardziej "cywilizowany" kraj, tym mniej gościnny. W krajach uboższych gość oznacza "rozrywkę", "informacje" itp. a w krajach rozwiniętych po co gość jak jest telewizja itp?

  18. Dokładnie tak jest. A oszustów, złodziei i krętaczy nie lubię bez względu na kolor skóry czy wyznanie 😉

    Kiedyś ktoś mi powiedział… "Kultury są różne, ale chamstwo jest zawsze takie samo" 😉

  19. Jerzy says:

    Ciekawy wpis, niestety nienawiść do obcych rośnie ale ilość zamachów i ich ofiar również… Trzeba jednak znaleźć jakiś kompromis. Szanuje ludzi ze wszystkich krajów ale nie jestem zwolennikiem multi kulti…

  20. Faktycznie dość przykra ta prawda.

  21. Bardzo dobry wpis, trzeba głośno mówić o tym co nam się nie podoba

  22. Zgadzam się i jak pisałem też nie jestem fanem pomysłu multi kulti, ale to też nie znaczy że nie możemy żyć obok siebie.

  23. Że tak zacytuję Marszałka Piłsudskiego… "Naród wspaniały, tylko ludzie k**wy"

  24. dziękuję… nie lubię agitować na blogu poglądami, ale czasami trzeba się odezwać…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *