#PKSdoBelgradu cz1, autostopem do stolicy Serbii – relacja z wyścigu

         O co chodzi z tym całym PKSem do Belgradu? Wszyscy wiedzą że PKSem to można jechać do Wołowa, Pruszkowa czy Łomży ale do Belgradu? Może Belgrad to jakaś wieś w zapomnianej przez Boga części Polski? Skoro są Węgry pod Wrocławiem czy Włochy pod Warszawą to czemu nie Belgrad. Dlaczego akurat PKS a nie Polskibus, Szwagropol czy inny kołowy transport? Pytań może się pojawić wiele, ale odpowiedzi są bardzo proste. I już śpieszę żeby wam ich udzielić.

          Któregoś jesiennego wieczora, a może już zimowego podczas rozmowy z Szymonem (www.szymonpodroznik.pl) i Kubą (www.sadeckiwloczykij.eu), padł pomysł. “Jedziemy do Belgradu”, ciężko teraz określić jak to wyszło, po prostu wyszło. Czasem tak jest że ktoś rzuci słowo, ktoś inny coś dopowie, trzeci przekształci, pierwszy znowu coś doda i mamy gotowy przepis na podróż. Miejsce określone, ale może by to jakoś ubarwić? Bo co, co prostu pojedziemy, zwiedzimy i wrócimy? Niby fajnie, ale można jeszcze fajniej. To jedźmy autostopem! Mało? To ścigajmy się tym autostopem! Wystartujemy z ustalonego miejsca w Polsce i lecimy na złamanie karku, kto pierwszy w Belgradzie. Jednak co trzy głowy to nie jedna i pomysł szybko nabierał rumieńców. Wymyśliliśmy oficjalny hasztag #PKSdoBelgradu, którym się posługiwaliśmy dodając informacje o naszej wyprawie. No ale skoro autostop, to dlaczego PKS? No i tutaj nie ma wielkiej filozofii PKS to skrót od naszych imion czyli Piotr Kuba Szymon. Proste rozwiązania są najlepsze prawda?
          Punktem startowym było miasto Łódź, miał być Piątek jako geograficzny środek Polski, ale w międzyczasie zmieniliśmy zdanie. Po prostu do Łodzi było nam się łatwiej dostać. Spotkaliśmy się na stacji kolejowej i razem ruszyliśmy na wylotówkę. To była jedyna wspólna część podróży. Rozstawiliśmy się w różnych miejscach, ja najbliżej Łodzi. Przygodę czas zacząć, chociaż tak naprawdę zaczęła się ona w momencie kiedy padł pomysł na nią.

Widok na Jurę Krakowsko-Częstochowską, w oddali zamek Olsztyn.

          Na pierwszą podwózkę przyszło mi czekać ponad godzinę. Doszły mnie informacje że chłopaki już jadą. Czyli na starcie jestem ostatni, ale nic to, przed nami 1000 km więc wszystko może się zdarzyć. Pierwsza podwózka i jadę do Częstochowy. Tam trzeba będzie się zastanowić nad dalszą trasą, ale z drugiej strony po co? Przecież i tak pojadę tam gdzie mnie zawiozą. Kraków czy Katowice, sam nie wiem dlatego łapię na kciuka na razie bez kartonu. Kolejny kierowca zatrzymuje się Jaguarem, no jak się ścigać to przynajmniej porządną furą. Zresztą kiedy podczas rozmowy wspomniałem że jest to wyścig, w jego oczach pojawił się ogień i stwierdził “to zajebiście bo ja uwielbiam wyścigi”. Jadąc z nim do Katowic czułem faktycznie że to wyścig, bo Jaguar jak na dobrej klasy wóz pruł po drogach bez żadnych skrupułów. Z Katowic pozostało mi obrać kierunek na Zwardoń. Tam dotarłem kilkoma kolejnymi małymi podwózkami. Po drodze oglądając mecz piłki nożnej kobiet czy spotykając autostopowiczkę z mamą które przerzuciły mnie kilka kilometrów na lepszą drogę. Dotarłem na drogę ekspresową w stronę granicy Polsko-Słowackiej w Zwardoniu. Można by powiedzieć że zatoczyłem krąg, bo kilka lat temu to właśnie tutaj stawiałem swoje pierwsze autostopowe kroki stopując do Bratysławy. Tym bardziej mam wrażenie że historia zatoczyła krąg, ponieważ zabiera mnie gość z którym prawdopodobnie już kiedyś na stopa jechałem. 

Dojechałem do Beskidów
Beskid Śląski
Beskid Śląski! I po co mi jechać dalej?

          Dwa lata temu razem koleżanką Zosią, wybraliśmy się autostopem do Torunia (jedne z moich pierwszych postów na tym blogu i pierwsza zagraniczna i dłuższa podróż autostopem). Bogowie autostopu wymyślili nam jednak inną trasę, okazało się że przejechaliśmy Bratysławę, Wiedeń i Brno. W pewnym momencie tamtej podróży wylądowaliśmy na drodze ekspresowej w stronę granicy Polsko-Słowackiej w Zwardoniu (brzmi znajomo?). Zatrzymał się gość dostawczakiem z meblami. Jechał do Bratysławy. Strzał był dla nas idealny i razem z nim do stolicy Słowacji pojechaliśmy. Tym razem jednak byłem sam i zabrał mnie gość osobówką na austriackich blachach, Polak jadący przez Bratysławę do Linz gdzie od jakiegoś czasu mieszka i pracuje. Rozmawiając zeszliśmy na temat autostopu i tutaj gość mi opowiada historię. “Dwa lata temu jechałem tą samą drogą i dokładnie w tym samym miejscu zabrałem gościa z dziewczyną do Bratysławy. W tedy jeszcze pracowałem jako kierowca busa i jeździłem sporo po Europie. W zasadzie to woziłem meble.” Przypadek? Karma? Magia spotkania? Odpowiedzcie sobie sami. Tym razem dojechałem tylko do Żyliny.

Zdjęcie drogi 😛
Kierunek Zwardoń!!!
Pierwszy postój na Słowacji.

          Kuba pojechał przez Chyżne, a Szymon złapał stopa do Ruzomberoku. Jako że Szymon  był kawałek za mną umówiliśmy się w Ruzomberoku i tam spędzimy nockę. Z Żyliny w której byłem to około 60 km więc spoko, mimo że się już ściemniło stwierdziłem że dam radę. Na wylotówce stanąłem przy stacji benzynowej. Stacja to zawsze dobre miejsce, można łapać przy drodze i pytać ludzi zatrzymujących się na tankowanie czy ktoś nie zabierze w danym kierunku. Tak było i tym razem. Chwilę po tym jak stanąłem przy drodze na stację wjechał bus na polskich blachach o dziwo z DW (Wrocław). Myślę no jak mnie swojak z Wrocławia nie weźmie to już chyba nikt. Po krótkiej rozmowie okazało się że kierowca do Ruzomberoku nie jedzie, ale może mnie zabrać do granicy Słowacko-Węgierskiej. Wizja noclegu w namiocie oddaliła się (Szymon był jedynym który w drogę wyruszył z namiotem). Po drodze okazało się że mój kierowca jedzie jednak kawałeczek przed Budapeszt, dla mnie idealnie. Po telefonie który kierowca otrzymał wyszło się że nie przed a za Budapeszt. I to zaraz koło drogi na południe Węgier, którą miałem jechać. To był złoty strzał. Na miejsce docelowe dotarłem po 2:00 w nocy. Zanim znalazłem miejsce na nocleg musiałem jeszcze przejść spory kawałek pieszo. W końcu postanowiłem się przespać w wiacie przystankowej gdzieś w jakieś bezimiennej Węgierskiej wsi. Było to jedyne rozsądne wyjście, z racji tego że nie zabrałem namiotu, miałem tylko śpiwór. 
          Noc minęła spokojnie, ciężko powiedzieć abym się wyspał. Budzik nastawiłem na 5 rano, aby zebrać manatki zanim ludzie ruszą do pracy. Jednak moje nawyki z domu i przestawianie budzika tutaj również wzięły górę. Wstałem o 6, kiedy drzemałem jeszcze między 5 a 6 czułem na sobie zdziwiony wzrok okolicznej ludności czekającej na autobus. Zebrałem się zaraz po odjeździe autobusu. Byłem zadowolony, w nocy spotkałem pierwszy oficjalny drogowskaz z napisem Belgrad, informował on iż do celu zostało 370 km z 1000. Bogowie autostopu mi jak do tej pory sprzyjali.
Szczęście sprzyja, jest i radość. Pierwszy oficjalny drogowskaz na Belgrad.
Wschód słońca gdzieś na Węgrzech.

          Kolejnego dnia niestety nie szło mi już tak dobrze, ale właściwie to narzekać też nie mogę. Odcinek około 150 km, z miejsca gdzie spędziłem noc do Segedynu zajął mi jakiś 8h, na jakieś 5 lub 6 podwózek. To jak z rybami, cały czas brały ale same małe, w sumie lepsze to niż jak miałbym stać 8h i nic. Jak to mówią dobrze żarło i zdechło, a zdechło w Segedynie, dosłownie o krok od granicy. Tam chyba najdłużej stałem łapiąc na prawie pustej drodze, ale karma wraca. Zawsze! Cierpliwie stałem łapiąc i zajadając batoniki, gdy zatrzymał się Węgier. Niestety po angielsku nie mówił nic. Kiedy usłyszał że jestem z Polski ucieszył się i wyrecytował po Polsku “Polak Węgier dwa bratanki”, a potem przeszedł na Rosyjski. Ucieszyłem się i ja również przeszedłem na Rosyjski. Po chwili rozmowy okazało się że mój kierowca nie mówi po Rosyjsku tylko po Serbsku, więc przestało mieć znaczenie czy ja mówię po Rosyjsku czy po Polsku. Rozmowa o dziwo, albo i nie dziwo szła nam bardzo dobrze. Wstępnie moja podwózka miała się skończyć na stacji zaraz za granicą, ale tutaj również fortuna się do mnie uśmiechnęła. Kierowca zadzwonił gdzieś, a po rozmowie stwierdził że jednak jedzie do Nowego Sadu, stamtąd to już tylko 80 km do celu. W trakcie trasy znowu los przybił mi piątkę, bo kierowca w Nowym Sadzie umówiony był ze swoim kolegą z Belgradu, który po spotkaniu będzie na pewno wracał do siebie. Stało się. Panowie odbyli swoje jak się okazało biznesowe spotkanie,  mi postawili kawę i zawieźli do Belgradu. Po drodze podczas rozmowy dowiedziałem się wiele o kraju, nie dawnej wojnie i polityce, mój ostatni kierowca był Bośniackim Serbem.

Mój kompan 😀
Belgrad już tuż, tuż!!!

          Metą naszego wyścigu i punktem zbiorczym był dworzec główny w Belgradzie, na którym zameldowałem się jako pierwszy. Dojazd do Belgradu zajął mi ok. 35h. W Łodzi na wylotówce stanąłem ok. 8 rano, a na dworcu w Belgradzie zameldowałem się ok. 19 dnia następnego. Na miejscu symbolicznie wypiłem piwko “czekając” na kompanów, którzy mieli się zjawić dopiero następnego dnia. Zmęczony udałem się do hostelu…

Dzień dobry w Belgradzie…
albo dobranoc.
Po 35h melduję się na mecie.

          Jeśli interesuje Cię autostop zapraszam również do jednych z moich pierwszych postów na blogu:
Autostopem do Torunia przez Gliwice, Istebnę, Zwardoń, Bratysławę, Wiedeń, Brno i Ostravę… cz.1
Autostopem do Torunia przez Gliwice, Istebnę, Zwardoń, Bratysławę, Wiedeń, Brno i Ostravę… cz.2
Autostopem do Torunia przez Gliwice, Istebnę, Zwardoń, Bratysławę, Wiedeń, Brno i Ostravę… cz.3 (zdjęcia)

          Zapraszam również do przeczytania relacji pozostałych uczestników #PKSdoBelgradu:
AUTOSTOP DO SERBII. DLACZEGO WARTO BYŁO PRZEGRAĆ PKSDOBELGRADU? – www.szymonpodroznik.pl
Autostop do Belgradu – cz. 1. Budapeszt – www.sadeckiwloczykij.eu

          Podobał Ci się ten post? Miałeś również ciekawe przygody związane z autostopem? Chcesz coś dopowiedzieć lub zapytać? Pozostaw po sobie komentarz. Udostępnij ten post aby Twoi znajomi również mogli liznąć trochę autostopowej przygody. Dzięki.

Comments

  1. PatTravel says:

    Fajny pomysł. Gratuluje zwycięstwa!

  2. Kupa zabawy była przy organizacji i przy realizacji więc też stwierdzam że fajny. Dziękuję.

  3. TravelMan says:

    Podziwiam polot i odwagę, moim marzeniem od zawsze było zwiedzić całą Europę na stopa. 😉 Może w te wakacje uda mi się znaleźć kompana do podróży. 🙂 Pozdrawiam!

  4. Życzę spełnienia tego marzenia… autostop to świetny sposób na podróżowanie… 😉

  5. Ale przygoda! Tekst czytałam z wielkim zaciekawiem i bardzo chciałam wiedzieć kto dojechał pierwszy i czy łatwo było złapać stopa. No i zastanawiałam się, co znaczy ten PKS cały 🙂

  6. Śledziłam Wasz wyścig z zapartym tchem 😀 Gratuluję zwycięstwa!

  7. Świetny pomysł z tym wyjazdem i w sumie dobrze, że obraliście za cel Belgrad – przyda się temu miastu trochę dobrej prasy, bo Serbię przedstawia się z reguły jako miejsce o, takie sobie, powiedzmy delikatnie. Pozdrawiam!

  8. Oj działo się, dzieło… a pomysły na kolejne PKSy już są więc to nie koniec przygód 😀

  9. Szybko się skończył, któregoś razu zrobimy PKS do Pekinu to kilka dni nam zejdzie, będzie więcej emocji 😀

  10. Przyda na pewno bo miasto jest naprawdę świetne, ja się tam czułem bardzo dobrze. Myślę że może się podobać fanom wschodu jak i zachodu. Zresztą o samym mieście będę jeszcze pisał. 🙂

  11. Monika says:

    Genialny pomysł z tym PKS-em! Śledziłam wasz wyścig równolegle na u trzech osób na facebooku i bardzo mi się podobało – czy będą inne PKS-y? 🙂

  12. Będą na pewno, bo i my mieliśmy kupę radochy z tej okazji… 🙂

  13. Ula says:

    Też chciałabym przeżyć podobną przygodę…… Pozdrawiam.

  14. Marta says:

    świetna wyprawa 🙂 gratuluję wytrwałości 🙂

  15. Nic prostszego… wystarczy spakować plecak i ruszyć przed siebie… 🙂

  16. dziękuję…. 🙂

  17. Super podróż. No i fajnie, że z mojego rodzinnego miasta 🙂
    Pełen szacun i również podziwiam wytrwałość.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *